Królowie życia – fragment książki Mariusza Pujszo i Piotra Wyrwasa

Królowie życia – fragment książki Mariusza Pujszo i Piotra Wyrwasa

  • utworzone przez: admin
  • 21 lutego 2018

Wielki Boro. Uciekam z „różowej” wytwórni. | Brygady Tygrysa. Belmondo.
Uczę śpiewać Johnny’ego Halidaya. | Biali Murzyni, czyli na planie z Żeńką Priwiezencewem.

Wesołe życie statysty

Znajomi, dla mnie statystowanie było tylko wstępem do większej, filmowej kariery. Robiłem to kierując się starym, polskim przysłowiem: „Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Zawsze starałem się na planie wyróżnić czymś oryginalnym, spowodować, by reżyser mnie zauważył. Nawiązywałem kontakty, zaprzyjaźniałem się z ludźmi, których do tej pory znałem tylko z okładek kolorowych pism. Gdyby dziś ktoś obejrzał moje kalendarze z tamtego okresu! Drobnym maczkiem miałem w nich zapisane spotkania, kontakty, uwagi dotyczące ról itp. Czasem całą noc nie spałem i zastanawiałem się, jak zagrać, by zwrócić na siebie uwagę reżysera i wyróżnić się w tłumie innych aktorów. Miałem nadzieję, że los się do mnie uśmiechnie i kiedyś zostanę wielką gwiazdą światowego kina.
Podobno życie na Ziemi ma swoje prapoczątki w oceanach. Swoją karierę filmowca na Zachodzie też rozpocząłem w wodzie. Konkretnie w luksusowym basenie, w którym pluskałem się nago z egzotycznymi pięknościami. A zawdzięczam to wstawiennictwu legendarnego „Boro” czyli Waleriana Borowczyka. Biegałem z castingu na casting. Bez większego rezultatu. Co tu dużo kryć, choć miałem zapewniony dach nad głową, klepałem biedę. Bywały dni, kiedy musiałem dobrze nagłówkować się, jak zorganizować sobie jakiś posiłek.
Myślałem więc, że pana Boga złapałem za nogi, gdy któregoś dnia na początku 1982 roku poznałem Waleriana Borowczyka, polskiego reżysera, który kręcił we Francji głównie filmy erotyczne. W Polsce znany był z wyreżyserowania w latach 70. skandalizujących „Dziejów grzechu” na podstawie powieści Żeromskiego. Niektórzy krytycy filmowi uważają go dziś za największego obok Bustera Keatona mistrza rekwizytu. Dla innych jest pierwszym filmowym super skandalistą, mistrzem w dziedzinie erotyku, o czym świadczą niezliczone wręcz ilości nagród, którymi za życia go obsypano. Są też tacy, którzy uznają go za ojca artystycznego kina animowanego. Geniusz, oryginał, legenda Paryża. Był popularny we Francji, jedno jego słowo otwierało drzwi do świata filmu. Ale czy zechce pomóc nieznanemu emigrantowi z Polski?..
Borowczyk od razu na wstępie zaznaczył, że ma na rozmowę ze mną dwie minuty. Przełknąłem ślinę i błyskawicznie zdecydowałem, że pójdę na całość. Przecież nie miałem nic do stracenia.
– Panie Walerianie, jest pan dla mnie ideałem i mistrzem w dziedzinie kina. Pan jednak nie ma czasu, więc nie będę owijał w bawełnę – chciałbym pożyczyć ze 100 franków. Bo pan nie ma czasu, a ja nie mam kasy. Żeby pana przekonać, że warto mi pomóc znaleźć pracę, musiałbym panu całą historię życia opowiedzieć, jaki to jestem zdolny i wspaniały, ale w dwie minuty nie zdążę. No więc?… Nawet pół stówki wystarczy…
Borowczyk zaczął się śmiać i stwierdził, że jednak może mi poświęcić więcej czasu i jak go przekonam, to może mi więcej pożyczy! – poszliśmy na kawę. Ludzie jak ja się nabajerowałem! Zawsze uważałem, że na studiach aktorskich powinno uczyć się przedmiotu pod nazwą „Rozmowa z reżyserem”. Bo tak naprawdę od takiej rozmowy, zależy czy dostaniemy rolę, czy nie. Takiego przedmiotu rzecz jasna nie miałem, więc umiejętności w tej dziedzinie musiałem zdobyć sam, w praktyce.
Chyba zrobiłem na nim wrażenie, bo powiedział, że u niego w produkcji jest reżyser, Alain Jessua, który kręci filmy ambitne i poprosi go, żeby mnie zaangażował.
– Jakby pan chciał kiedyś wystąpić w jakimś moim filmie, to nie ma sprawy… – zaproponował na koniec. Widocznie dostrzegł we mnie jakieś znamiona talentu.
Przypomniałem sobie najgorętsze sceny z „Bestii” czy „Emmanuelle” i strach mnie ogarnął. Poszedłem na umówione spotkanie z Alainem Jessuą. Nie mogłem się z nim dogadać, bo francuskiego wtedy jeszcze nie znałem, a angielskim ani ja, ani reżyser nie posługiwaliśmy się biegle. Jednak, ku mojemu niesamowitemu zaskoczeniu, dostałem rolę w filmie! Przez kilka dni nie mogłem spać z wrażenia. Prawdziwa rola we francuskim filmie „Le paradis pour tous” u znanego reżysera!
Na planie zdjęciowym – szok, same ówczesne gwiazdy francuskiego kina: Patrick Dewaere, Jacques Dutronc, Philippe Leotard! I najpiękniejsze kobiety świata. Przynajmniej ja do tej pory piękniejszych nie widziałem. Miałem zagrać jednego z przyjaciół głównego bohatera. Dobrano mi partnerkę, która pochodziła z Martyniki – zjawiskową, egzotyczną piękność. Podobało mi się to wszystko coraz bardziej. Tym bardziej, że była wspólna garderoba. Dziewczyny przebierały się przy panach bez żadnego skrępowania. Kilka razy wywoływano mnie na plan – a ja, jak nie przymierzając głuszec, nic nie słyszałem! Oczu nie mogłem oderwać od tych śliczności. Ta z Tajlandii, ta z Wenezueli, a moja z Martyniki jak czekoladka, wprost do schrupania! Pomyślałem sobie: fajnie jest być filmowcem we Francji.
Nie spodziewałem się, że najlepsze dopiero przede mną. Jedną z głównych scen była wielka balanga w willi bohatera. Tyle zrozumiałem z łamanej angielszczyzny. Widząc, że jestem niezbyt „kumaty”, przestali tłumaczyć mi rolę, machnęli ręką i kazali robić to co inni.
Zaczynamy scenę. Wszyscy wchodzą, biorą drinki, popijają, witają się z gospodarzem. Nagle gospodarz coś mówi, rozbiera się do rosołu i… wskakuje do basenu. Cała grupa robi to samo, nie wyłączając kobiet. Ja stoję jak wryty. Co mam robić? Reżyser przerywa zdjęcia. Wszyscy się patrzą na mnie w milczeniu. Po chwili asystent powoli, po angielsku, wytłumaczył mi scenę. A reżyser był zdziwiony, że aktor, którego polecił Borowczyk, wstydzi się rozebrać!
Jak to zwykle w życiu miałem dwa wyjścia: uciec lub zostać i dołączyć do towarzystwa w basenie. Honor i duma Polaka nie pozwoliła mi na dezercję. Kamera, akcja i do boju! Rozebrałem się i wskoczyłem do wody. Dookoła basenu prężyły piękne ciała pół nagie aktorki, a obok mnie pluskały się kompletne golasy! Improwizacja była całkowita. Nagle dwie dziewczyny pływające obok mnie zaczęły się całować. Tak zaangażowały się w role, że nawet nie zauważyły przerwy i cały czas trenowały. Chyba była to jakaś odmiana metody Stanisławskiego… Podczas ujęcia podpłynęła do mnie moja partnerka z Martyniki. Zaczęła się pod wodą delikatnie o mnie ocierać. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że scena trwała dość długo i była powtarzana kilkakrotnie…
Całe szczęście, że po planie nie kazali mi od razu wychodzić z tego basenu. Bo wtedy wszyscy by zauważyli, że do aktorstwa podchodzę całym swoim sercem i ciałem!
Tak oto wyglądał mój debiut aktorski we francuskim filmie, który zawdzięczam Walerianowi Borowczykowi. Pocieszałem się, że Sylwester Stallone zaczynał gorzej, bo w filmach erotycznych.
Najważniejsze były castingi. Kupowałem takie miesięczniki, jak „Le Film Français” czy „Le technicien du film”, gdzie było najwięcej informacji o najbliższych castingach – podawano adresy, informacje, kto, co i gdzie reżyseruje, jacy grają aktorzy. Pakowałem do torby swoje zdjęcia, CV i ruszałem na miasto. Nie zawsze starczało pieniędzy na metro, większość tras odbywałem „per pedes”. Dzięki temu świetnie poznałem Paryż – wzdłuż i wszerz.
Któregoś dnia zawędrowałem na Rue Lincoln w ósmej dzielnicy, gdzie zauważyłem wielki szyld: „A–Z Productions”. Wydekoltowanej sekretarce z wielkim biustem zakomunikowałem, że chce się widzieć z reżyserem. Ku mojemu zdumieniu przyjął mnie od razu. Nie znałem jeszcze dobrze francuskiego, więc rąbnąłem stałą nawijkę, której nauczyłem się na blachę i zawsze recytowałem.
– Dzień dobry, jestem aktorem z Polski. Znam i uwielbiam wszystkie pańskie filmy. Jest pan w Polsce bardzo znany i zagranie u pana choćby małego epizodu będzie dla mnie szczytem marzeń – zwykle ten tekst działał bez pudła, ale tym razem facet popatrzył na mnie jak na wariata.
– Naprawdę oglądał pan w Polsce wszystkie moje filmy? – spytał.
– Tak! Choć może nie wszystkie – zacząłem się wycofywać z pozycji entuzjastycznego fana. – Ale te, które obejrzałem, bardzo mi się podobały… No i to niesamowite aktorstwo!
– Niemożliwe! Aktorstwo? Moje filmy w Polsce?! – zaczął się śmiać. – Przecież ja kręcę filmy pornograficzne! Myślałem, że w krajach komunistycznych pornografia jest zakazana? Ma pan ochotę zagrać, proszę bardzo!
Stałem jak wryty, zastanawiając się, co robić? Natychmiast pożegnałem się i uciekłem, co koń wyskoczy. Od tamtej pory bardzo starannie sprawdzałem twórczość reżysera, do którego wybierałem się na rozmowę.
Mój pierwszy poważny casting odbywał się do kultowego serialu „Brygady Tygrysa”. Byłem bardzo podniecony. Wszyscy we Francji znali postać komisarza Valentina, szefa elitarnej, zmotoryzowanej brygady policji, utworzonej przez Georges’a Clemenceau, „Tygrysa”.
Często grając wykazywałem dużą pomysłowość, żeby jakoś ubarwić swój występ. Chciałem, by widzowie zauważyli mnie nawet w tej niewiele znaczącej roli.
U Vicasa graliśmy następującą scenę: zamordowano znanego malarza. Komisarz Valentin, grany przez Jeana-Claude Bouillona szuka jego pracowni. Idę ulicą, a on pyta, gdzie jest pracownia Borisa. Ja nic nie mówię tylko pokazuję ręką w kierunku zabudowań. Taki sobie nic nie znaczący epizod. „Cholera, muszę to jakoś podegrać” – pomyślałem. „Mam scenę z gwiazdą i w Polsce koledzy będą mi zazdrościli. Ale co można zrobić z taką banalną scenką?” Wtem przypomniałem sobie stary, polski kawał o bacy. Wniosłem na plan dziesięć pustych ram do obrazów.
– Kamera! Akcja! – poszło na ostro. Ruszyłem uginając się pod stosem ram, w kierunku Bouillona.
– Przepraszam, gdzie jest pracownia Borisa? – spytał. Trzymając ramy oburącz nie mogłem mu wskazać kierunku. Zacząłem wręczać mu więc te ramy. Wszystkie! Był obwieszony nimi jak choinka na święta. Aż sapał z wysiłku. Popatrzyłem na niego, wzruszyłem ramionami i powiedziałem:
– Je n’sais pas! (nie wiem) – po czym spokojnie odebrałem mu ramy i poszedłem dalej. Jean-Claude przez chwilę stał zdezorientowany, po czym ryknął śmiechem, podobnie jak wszyscy na planie. Tego dnia byłem bohaterem. Reżyser wył ze śmiechu.
Ze szwagrem Zbyszkiem załapaliśmy się kiedyś na statystowanie w Comédie Française. To znaczy Zbyszek został pełnoprawnym statystą, a ja jego dublerem. Polegało to na tym, że za dzień pracy otrzymywał 150 franków, a ja 70 tylko za to, że byłem w pogotowiu, gdyby on nie daj Bóg się rozchorował. Szybko wykalkulowałem, że opłaca mi się, żeby Zbyszek był zdrowy. W tym celu jednak musiałem go przez cały czas trwania spektaklu utrzymywać w dobrej formie. Ludzie, jak ja wtedy dbałem o zdrowie swojego szwagra! Żeby nie pił, wyspał się, nie przeziębił przypadkiem, ani nie przejadł. Zabawne, okazało się później, że byliśmy pierwszymi Polakami na deskach Comédie Française. Dopiero dużo po nas na deskach tego zacnego teatru pojawił się… Andrzej Seweryn!
Bardzo byłem z tego dumny, że gram na scenie najlepszego francuskiego teatru. Ale jakoś to moje statystowanie nie imponowało mojej ówczesnej „fascynacji”. Bo prawie się zakochałem. Była śliczna, młoda, wiotka i miała uwodzicielskie, piwne oczy, które rzadko zatrzymywały się na takich nieznanych aktorach jak ja. Wyraźnie wolała amantów grających główne role. Skoro lubi facetów z klasą, to już ja jej zaimponuję! – pomyślałem. Pogadałem z kolegą (pracował w wypożyczalni luksusowych aut). Zgodził się pomóc.
Następnego dnia na plan podjechał wspaniały bentley. Mój kumpel, ubrany w cylinder, wystawił stolik, krzesła, postawił butelkę szampana i kryształowe kieliszki. Po czym otworzył mi drzwi. Wyszedłem z limuzyny i rozsiadłem się z godnością na przygotowanym krzesełku. Zrobiło się niezłe zbiegowisko.
Wszyscy na planie byli pod wrażeniem, łącznie z grającym w tym filmie główną role Gérardem Depardieu. Jedni brali mnie za producenta, inni za przyjaciela Depardieu, a jeszcze inni ( zwłaszcza piękne statystki), za aktora grającego tu dużą rolę
Któregoś dnia wieczorem, zadzwoniła agentka i powiedziała mi, że dostałem małą rolę w filmie z Belmondo. Mam nawet zagrać z nim jedną scenę. Zdjęcia następnego dnia, od rana. Oczywiście spać w nocy nie mogłem: mam scenę z Belmondo! I do tego za trzy tysiące franków do ręki! Przez miesiąc nie zarabiałem takiej forsy. Jak minęła euforia, to powstał mały szkopuł. Przypomniałem sobie, że następnego dnia po południu miałem wyznaczone badania u lekarza. Chodziło o moje „leniwe jelito”. Oczywiście mogłem badania odwołać, ale jak odwołać to, że lekarz zażyczył sobie, żebym dzień wcześniej wziął proszki przeczyszczające? I ja je zażyłem tuż przed telefonem od mojej agentki! Pocieszałem się, że jakoś tam będzie, może nie zadziałają?
Na moje nieszczęście okazało się jednak, że ulotka nie kłamała: proszki przeczyszczające były najlepsze na świecie. Po drodze na plan musiałem wysiadać na każdej stacji metra i szukać toalety.
– Co pan taki zielony? – spytała charakteryzatorka. Odparłem, że chyba czymś się zatrułem i pobiegłem do toalety. Na próbie podszedł Belmondo podał mi rękę na przywitanie. A ja? W tej samej sekundzie zerwałem się i pędem ruszyłem w kierunku toalety. W końcu wzięli innego statystę, bo ja cały dzień spędziłem w wychodku. Na planie chodziły słuchy, że dla młodego aktora z Polski spotkanie z samym Belmondo było za dużym przeżyciem jak na jego organizm…
Zaprzyjaźniłem się z Brigitte Roüan, znaną aktorką, która później z powodzeniem zajęła się reżyserią. Poznałem ją podczas statystowania w jakimś filmie. Scena się rozgrywała w kawiarni. Jak zwykle wyobraziłem sobie, że gram główną rolę. Przygotowałem jakieś papierki i odgrywałem nawiedzonego dziennikarza. Brigitte, która grała główną rolę kobiecą, zauważyła co robię i zaproponowała reżyserowi, żeby dał mi epizod. Była osobą towarzyską, w jej salonie zbierała się filmowa i artystyczna śmietanka Paryża. Często zapraszała mnie do siebie.
Kiedyś postanowiłem zrobić jej dowcip i przyszedłem w przebraniu… kelnera. Przyniosłem dwie butelki polskiej wódki, którą raczyłem gości opowiadając, że jestem specjalnie sprowadzonym z Polski kelnerem, który serwuje nasze narodowe trunki. Brigitte bardzo się śmiała. A ja rozpocząłem swoje „polowanie” na reżyserów. Poznałem u niej wielu wspaniałych francuskich artystów. Bywał tam m.in. wspaniały piosenkarz, Johnny Hallyday. Uczyłem go tradycyjnych, polskich słówek i piosenki „Szła dzieweczka do laseczka”. Największym chyba przeżyciem było wypicie wódki z samym Sergem Gainsbourgiem. Nie szkodzi, że żeby pokazać mu, jaki ze mnie twardy facet, po raz pierwszy i ostatni w życiu wypiłem duszkiem całą szklankę wódki! U Brigitte poznałem też popularnego aktora i reżysera Boba Swena. Akurat przygotowywał w tym czasie jakiś film. Oczywiście zjawiłem się na castingu.
– Czy nie jest pan przypadkiem tym kelnerem, który na przyjęciu u Brigitte Roüan podawał polskie drinki? Co pan tu robi?
– Tak, to ja – odparłem. – Ciężkie czasy nastały i trudno wyżyć z kelnerskiej pensji. Pomyślałem sobie, że dorobię sobie jako aktor. To chyba łatwy zawód?
– Pan myśli, że to tak łatwo przed kamerą udawać kogoś innego? – roześmiał się.
– To dla mnie nic nowego. Czy pan wie, ile ja się muszę naudawać przed klientem, żeby dostać napiwek?
– No to proszę przed kamerę, zobaczymy, co pan potrafi… – wyraźnie mu się spodobałem. Dopiero po zagranym epizodzie przyznałem mu się, że jestem zawodowym aktorem. Śmiał się i kręcił głową z niedowierzaniem, że tak dał się wkręcić.
Zawsze wychodziłem z założenia, że statystuję tylko po to, żeby nawiązywać kontakty zawodowe. Pieniądze były ważne, ale zawsze na drugim planie. W świecie kina obowiązuje stary, amerykański mit – „od pucybuta do milionera”. Prawie każda wielka gwiazda zaczynała od statystowania. Statysta zawsze ma nadzieję, że zauważy go wielki reżyser. Ale jak dać się zauważyć w tłumie podobnych do ciebie? Trzeba po prostu zaryzykować.
Statystowałem w amerykańskim filmie. Rzecz działa się w czasie wielkiej rewolucji francuskiej. Tysiąc chłopa atakowało zamek – wśród nich spora grupa Polaków, w tym Żeńka Priwieziencew, mój szwagier Zbyszek i ja. Kamera ustawiona była na zamkowym dziedzińcu. Reżyser kazał wszystkim biec prosto na kamerę i w ostatniej chwili skręcić w lewo.
– Trzeba być pierwszym albo ostatnim – powiedziałem. Siedzieliśmy pod drzewem, w strojach z epoki, w perukach i z widłami w rękach, pocąc się niemiłosiernie i czekając na ujęcie.
– Pierwszym nie będziesz – powiedział Żeńka. – Zawsze ktoś pobiegnie szybciej od ciebie.
– A ostatnim? – spytałem. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo.
Ustaliliśmy, że Żeńka będzie starym, ślepym ojcem, a my jego synami. Na próbach szliśmy pośrodku grupy. Szykowaliśmy się na ujęcie. Nagle słyszymy krzyk „Action”! Wszyscy ruszyli biegiem. Oczywiście wlekliśmy się na końcu: kuśtykający Żeńka w środku, my po bokach. Ja dodatkowo udawałem rannego i słaniałem się tracąc przytomność. Wszyscy pobiegli na lewo od kamery, tak jak nakazał reżyser, a my? Żeby dłużej zaistnieć w filmie… zatrzymaliśmy się dwa metry przed kamerą, jakbyśmy się zastanawiali w którą stronę mamy biec. Kątem oka widziałem nerwowe ruchy kilku osób stojących za kamerą, na migi pokazujących nam, gdzie mamy biec. Ale udawałem, że nic nie rozumiem, szamotaliśmy się dalej. Pociągnąłem niedołężnego „ojca” w lewo, Zbyszek w prawo. A biedny Żeńka, udający ślepca, był kompletnie pogubiony. Zrobiło się straszliwe zamieszanie, o mało Żeńki nie rozerwaliśmy. Na koniec pewnym momencie Żeńka się potknął …i wszyscy wpadliśmy w kamerę!
Nie było chyba na planie osoby, która nie ryczała by ze śmiechu. Wyszło bardzo autentycznie, nikt nie podejrzewał, że wszystko sobie wcześniej zaplanowaliśmy. Niestety reżyser nie znał się na żartach i wściekł się na nas. Ale co sobie pograliśmy, to nasze.
W innym filmie też graliśmy francuskich, nie za bardzo rozgarniętych chłopów. (Nie wiem, czy wybierali nas po twarzach, czy narodowościach?) Odbywał się jarmark. Tłum chłopstwa walił na zamek, gdzie na stołach stały misy z jedzeniem. Kręciliśmy sceny już ładnych kilka godzin. Zaczęło być nudnawo. Żeby się rozerwać, zaczęliśmy chyłkiem ściągać jajka ze stołów i rzucać w tłum. Taki sztubacki żarcik…
Co chwila ktoś dostawał surowym jajkiem w głowę. Szukano sprawcy, ale bezskutecznie. Po którymś razie…
– Stop, kamera! – zawołał asystent reżysera. – Widzieliśmy, kto to zrobił!
O, ten pan – wskazał na Żeńkę.
– Dawajcie go tutaj – rozkazał reżyser. – Polak! Dlaczego rzucałeś jajkami?
Przyprowadzono też ociekającą żółtkiem ofiarę. Był nią… Włodek Press, popularny polski aktor, znany z roli Grigorija z serialu „Czterej pancerni i pies”.
– Ale to nie ja! – upierał się Żeńka. – Przecież to też Polak! W rodaka nigdy bym nie rzucał…
W tym okresie do Paryża zjechało z Polski wielu wspaniałych aktorów. Wśród nich m.in. Włodek Press, Małgosia Zajączkowska i Joasia Pacuła. Pamiętam, jak zazdrościłem Żeńce, bo przez pewien czas mieszkał z tą ostatnią w jednym mieszkaniu. Ja tylko statystowałem z Joasią w jakimś filmie. Następnego dnia przyszła cała podekscytowana; powiedziała, że widziała się z Romanem Polańskim i chyba z godzinę rozmawiała przez telefon z Jackiem Nicholsonem. Po kilku dniach wyleciała do Stanów a znając jej przebojowość i talent byłem pewny, że zaczynie światową karierę. Rzeczywiście, tak się stało: jest dziś bodaj jedyną współczesną polską aktorką, która ma swoje ugruntowane miejsce w Hollywood. Kiedyś statystując w filmie, w którym główną rolę grał Lee Marvin, znany z takich filmów jak „Parszywa dwunastka”, pochwaliłem mu się, że znam Joasię. Pamiętał ją doskonale z filmu „Park Gorkiego” i z uznaniem się o niej wypowiadał.
Bardzo zaprzyjaźniłem się w tamtym okresie z Żeńką Priwieziencewem, starszym ode mnie o kilka lat. Był nie tylko aktorem, ale pisarzem i dramaturgiem. Polscy widzowie znali go przede wszystkim z takich filmów Zanussiego, jak „Barwy ochronne”, „Spirala”, „Kontrakt”, a także z komedii „Brunet wieczorowa porą” i „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”. Poznaliśmy się jeszcze w Polsce, na planie serialu „Wakacje” nakręconym wg powieści Jerzego Putramenta w 1977 roku.
Żeńki już nie ma wśród nas, zmarł w 2005 roku z powodu boreliozy, której nabawił się w wyniku ugryzienia kleszcza. Idiotyczny, tragiczny pech! Został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Często o nim myślę i cały czas go widzę, jak biega ze mną po paryskich brukach…
Wtedy w Paryżu obydwaj byliśmy skorzy do najgłupszych wybryków, byle tylko było pasjonująco, ciekawie i śmiesznie. Spotykaliśmy się w kawiarniach w dzielnicy łacińskiej: w „Les Deux Magots”, „Dantonie” czy „Café Bonaparte”. Myślę, że atmosfera tych miejsc, gdzie przesiadywali najwybitniejsi intelektualiści i artyści, dodawała nam otuchy i nadziei na odniesienie sukcesu. Wertując przy kawie ogłoszenia o castingach przygotowywaliśmy strategię. Ustalaliśmy, kto, gdzie idzie. Zawsze informowaliśmy się nawzajem o filmach i potencjalnej możliwości pracy.
Dzwoni Żeńka:
– Agnieszka Holland będzie robiła paradokument o „Solidarności” i zbiera ekipę.
Zawsze marzyłem, żeby ją poznać. Żeńka załatwił mi… rolę esbeka. (Potem oczywiście kolacja u Chińczyka na mój koszt!) Jestem na planie naprzeciwko legendarnej Agnieszki Holland. Czuję, że muszę coś niekonwencjonalnego zrobić. Jak zwykle tak się zagrałem, że poturbowałem Żeńkę całkiem solidnie. Byłem z tego zadowolony, bo wydawało mi się, że scena wyszła bardzo naturalnie. Niestety, Agnieszce bardzo się to nie spodobało. Stwierdziła, że aktorstwo to nie życie i na planie trzeba udawać, a nie sprawiać koledze prawdziwy łomot. Na nic się zdały moje tłumaczenia, że chciałem jej wpaść w oko – była mocno zdenerwowana. Potem spotkałem ją przy filmie pt. „Zabić księdza”. Tam poznałem wspaniałych aktorów: Eda Harrisa i Christophera Lamberta. Agnieszka Holland wszystkim bardzo pomogła. Dzięki niej pracowało w tym filmie wielu Polaków.
Z Żeńką zagraliśmy Polaków w filmie Charlesa Nemeʼa pt. „Narzeczona, która przyszła z zimna”. Była to zabawna komedia z gwiazdami francuskiego kina: Gérardem Jugnot oraz Thierry Lhermittem.
Nasze improwizacje co chwila doprowadzały ekipę do śmiechu. Z Thierry Lhermittem spotkałem się później na planie mojego filmu „Królowie życia” i mile wspominaliśmy tamte chwile.
Równie miło wspominam też swój pierwszy kontakt z Andrzejem Kostenko, reżyserem i operatorem, absolwentem łódzkiej szkoły filmowej, który razem z Romanem Polańskim zrobił „Nóż w wodzie”
i wiele innych, znanych filmów. Poznaliśmy się jeszcze w Polsce na planie filmu pt. „ Przyjaciele”. Ja grałem jedną z epizodycznych ról. W Paryżu zaprzyjaźniliśmy się i przeżyliśmy wspólnie wiele zabawnych przygód. Andrzej miał stare futro z lat 60., pamiętające jeszcze czasy studenckie, z którym nigdy się nie rozstawał. Był to jego znak szczególny. Kiedyś, w początkach 1989 roku wybraliśmy się razem do Polski starym mercedesem Andrzeja. Wjechaliśmy do NRD czyli Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Na enerdowskiej autostradzie Andrzej nagle spojrzał w lusterko i zatrzymał się na samym środku.
– Co się stało? – spytałem z niepokojem.
– Otworzył się bagażnik – powiedział Andrzej. Zajrzał do środka i wrzasnął: – Gdzie moje futro?!!
Okazało się, że pęd powietrza wywiał je z bagażnika. Spojrzeliśmy do tyłu – ani śladu. Niewiele myśląc Kostenko wskoczył do wozu, zawrócił z piskiem opon i pognaliśmy autostradą – pod prąd! – w poszukiwaniu futra. Mijane samochody trąbiły przeraźliwie. Na szczęście był mały ruch. Po kilku kilometrach znaleźliśmy futro rozpłaszczone na asfalcie jak rozjechane zwierzę. Do dziś dziękuje Losowi, że nie spotkaliśmy wtedy na drodze milicji enerdowskiej. Znając ich złośliwość i niechęć do Polaków nie wiadomo, czy nie stalibyśmy się ostatnimi więźniami „żelaznej kurtyny”… A może szkoda, że nas nie aresztowali? Może teraz trąbiłbym na prawo i lewo, że byłem prześladowany i zostałbym znanym politykiem?
Kiedyś statystowaliśmy Żeńką w filmie, w którym jedna ze scen odbywała się w galerii sztuki. Mieliśmy chodzić w kółko i podziwiać obrazy. Takie ruchome tło za plecami głównych bohaterów. Nie było to twórcze zajęcie. Jak zawsze staraliśmy się jakoś zaistnieć i teraz też coś wymyśliliśmy. Para głównych bohaterów oglądała obrazy i prowadziła jakiś bardzo ważny i długi dialog. Kamera była ustawiona przy obrazie tak, że na pierwszym planie widać było twarze głównych bohaterów i wszystko co się za nimi działo. Na próbach byliśmy „normalni” i posłuszni wytycznym asystenta. Reżyser dał znak „Akcja!” – a w nas jakby diabeł wstąpił. Idąc naprzeciwko siebie zatrzymaliśmy się tuż z plecami głównych bohaterów, na wprost kamery. Uściskaliśmy serdecznie, jakbyśmy spotkali się po latach. Na chwilę zeszliśmy z planu, po czym przedefilowaliśmy ponownie za głównymi bohaterami… z butelką wina. Za chwilę wróciliśmy, wymachując pustą już flaszką.
Po czym znów przeszliśmy z pełną butelką i wróciliśmy z pustą, udając coraz bardziej podchmielonych. Powtórzyliśmy to kilkakrotnie, pod koniec już lekko zataczając się i podśpiewując. Następnie zatrzymaliśmy się tuż za głównymi bohaterami i wypiliśmy bruderszaft całując się przy tym kilkakrotnie. Przerwali ujęcie dopiero wtedy, gdy usiłowaliśmy zrobić to samo… z głównymi bohaterami. Jak dobrze pamiętam, to właśnie tego dnia, dzięki reżyserowi, nauczyliśmy się z Żeńką największych francuskich przekleństw. Niestety dniówki nie zapłacili, ale co żeśmy pograli, to nasze!
W filmie pt. „Claudette” o słynnej, francuskiej aktorce, graliśmy dwóch widzów oklaskujących gwiazdę. Statystów był pełen teatr, z tysiąc osób. Zgodnie więc z naszą dewizą „jeśli nie możesz zabłysnąć, to przynajmniej się wyśpij” postanowiliśmy poszukać sobie jakiejś pustej loży. Znaleźliśmy jedną, tuż nad sceną. Niestety, asystent nas zauważył. Musieliśmy więc coś wymyślić, żeby zaistnieć. Próby jak zwykle spokojnie… Kamera poszła na ostro. Kręcono ujęcie, gdy spektakl dobiega końca, a wszyscy zaczynają klaskać i wiwatować na cześć Claudette. Umówiliśmy się z Żeńką, że on ją uwielbia, a ja jej nienawidzę.. W naszej loży wybuchła kłótnia.
– Beznadziejna, żenująca! – krzyczałem.
– Boska! Ach, uwielbiam! Mon amour!!! – wydzierał się wniebogłosy Żeńka.
Wychylił się z balkonu, żeby obrzucić aktorkę sztucznymi kwiatami, które zwędził gdzieś z zaplecza. Nie wziął jednak pod uwagę faktu, że balustrada była bardzo niska – stracił oparcie i wypadł na zewnątrz. Gdyby nie to, że w ostatniej chwili złapałem go za nogi, spadłby i złamał sobie kręgosłup! Zawisł nad sceną, Claudette podbiegła do niego i wzięła kwiaty, które kurczowo trzymał w ręce. Żeńka tymczasem wydzierał się wniebogłosy „ Mon amour… mon amour!” Wisiał tak do końca ujęcia, ledwo go utrzymałem. Dopiero po zatrzymaniu kamery podbiegli do mnie pracownicy techniczni i pomogli wciągnąć Żeńkę z powrotem na balkon. W czasie przerwy obiadowej wszyscy odnosili się do nas z dużym szacunkiem. Myśleli, że gramy pierwszoplanowe role. Byli przekonani, że tak było w scenariuszu. Gdy jednak reżyser, zachwycony tym pomysłem zaproponował dubel, Żeńka zdecydowanie odmówił. Bał się, że już go nie utrzymam.
Tym razem zapłacili i to podwójnie, bo potraktowali to nie jako statystowanie, ale jako epizod!
Numer, który wycięliśmy na pewnym castingu, przeszedł do legendy. Okazało się, że reżyser szuka Murzynów. W korytarzu kłębił się tłum czarnoskórych aktorów. Tylko ja i Żeńka byliśmy biali.
– Nie, nie – pokręcił nosem reżyser – Do żadnej roli nie jesteście nam potrzebni.
Jak powiedział Cambronne (w wersji ocenzurowanej): gwardia umiera, ale się nie poddaje – kupiliśmy etniczne, okrągłe, afrykańskie czapeczki i dwa pudełka czarnej pasty do butów.
Gdy weszliśmy po raz drugi do biura, od stóp do głów byliśmy wysmarowani na czarno. Pomalowaliśmy nawet włosy.
– Bonjour! – powiedzieliśmy grubymi, gardłowymi głosami z afrykańskim akcentem. Reżyser popatrzył na nas podejrzliwie. Poprosił o nazwiska.
– Abdul Mazzou – zadudniłem basem.
Zapisał, i zaczęliśmy rozmawiać. W pewnym momencie stwierdził, że mamy dziwny, mało spotykany afrykański akcent. Ja szybko odpowiedziałem:
– Bo jesteśmy Murzynami z Polski!”
Teraz dopiero reżyser zaczął nam się badawczo przyglądać.
– Czy ja was już gdzieś nie widziałem? – spytał ostrożnie.
– Owszem – odparłem – byliśmy tu dwie godziny temu.
Uderzył się w czoło.
– To wy jesteście ci zwariowani Polacy! – zawołał. – Nieźle, nieźle!
Tak mu się spodobała nasza determinacja, że specjalnie dla nas wymyślił małą scenę o Polakach udających Murzynów.

Zostaw komentarz!