Fragment książki Mariusza Pujszo i Piotra Wyrwasa „Królowie życia” – Wielkie nadzieje

Fragment książki Mariusza Pujszo i Piotra Wyrwasa „Królowie życia” – Wielkie nadzieje

  • utworzone przez: admin
  • 28 czerwca 2018

Paryż 1982 rok. Zawsze wiedziałem, że los emigranta nie jest łaskawy dla tych, którzy nie mają ambicji i wiary we własne możliwości… Należy tylko poznać odpowiednie towarzystwo. Ale jak to zrobić? Ktoś ze znajomych powiedział mi, że najlepsze kontakty w Paryżu, zdobywa się na kortach tenisowych i w salonach brydżowych. Tenis raczej odpadał, żeby dobrze grać trzeba było trenować przez lata, a podejrzewałem, że Wojtek Fibak na pewno nie będzie miał czasu, żeby mnie podszkolić. Pozostawał więc brydż. Ze dwa razy w Polsce grałem z ojcem, ale niewiele z tego pamiętałem. Powiesiłem więc pod polskim kościołem ogłoszenie, że szukam kogoś, kto by mnie podszkolił w tej grze. Szybko znalazłem nauczycieli i po tygodniu dumnie wkroczyłem na salony brydżowe Paryża. Graliśmy w różnych miejscach. Najbliżej miałem do pięknego apartamentowca, Tour d’Italii. Grywało tam towarzystwo biznesowo-arystokratyczne. Można powiedzieć, śmietanka towarzyska. Nawet nieźle mi szło, byłem zapraszany na kolejne rozgrywki. Poznawałem wspaniałych ludzi, ale co najlepsze – serwowano tu drogie trunki i eleganckie kolacje. Któregoś dnia ktoś mi szepnął, że nazajutrz będzie brydż na dwa stoliki u pewnej damy, bliskiej przyjaciółki Picassa, który, jak wiemy, gustował w pięknych kobietach. Rzeczywiście na ścianach apartamentu wisiały obrazy wielkiego mistrza. Niektóre były podobno portretami naszej gospodyni, ale zwykle składały się z kilku figur geometrycznych, więc głupio mi było mówić, że dostrzegam podobieństwo. W pewnym momencie zaczęto podawać jakieś whisky. Podobno te butelkę Pani domu dostała od samego mistrza! Niesamowicie celebrowano te okoliczność. Wszyscy wychwalali trunek. Ja nigdy nie piłem whisky z lodem, bo w Polsce serwowano Jasia Wędrowniczka z coca-colą i uchodziło to za szczyt wykwintności. Jak niby nigdy nic, dolałem więc coli do whisky – i w salonie zapanowała śmiertelna cisza. Jakby życie na Ziemi zamarło… Zdziwiony odwróciłem się: wszyscy patrzyli na mnie z grobowymi minami. Kochanka Picassa przerwała milczenie. Podbiegła do mnie i spytała wściekle, co ja robię, marnuję unikalny trunek, przecież to prezent od samego Picassa! Zacząłem przepraszać, że się na tym nie znam, przyjechałem z Polski itp. Na nic zdały się tłumaczenia, musiałem opuścić towarzystwo. Więcej nikt mnie z tego grona na brydża nie zaprosił. Pomyślałem, że lepiej bym wyszedł, gdybym dał pod polskim kościołem ogłoszenie, że chcę się nauczyć dobrych manier… Ta nieznajomość form prowadziła mnie często na manowce. Znajomi Francuzi zaprosili mnie któregoś wieczoru na kolację. Nie wiedziałem, że takie zaproszenie znaczy dla nich tyle, co „towarzyszenie podczas kolacji”, a nie wyżerkę na koszt zapraszającego. Cały w skowronkach ubrałem się pięknie i poszedłem do „Closerie des Lilas”, legendarnej restauracji na Montparnasse, gdzie stołowała się paryska bohema z początków wieku. Bywał tu także Lenin. Do stolików przyśrubowane są tam tabliczki z nazwiskami wielkich ludzi, którzy przy nich siadywali. Włodzimierza Iljicza nie znalazłem, ale można było zająć miejsce Picassa, Braque’a czy Steinbecka. Byłem podekscytowany i głodny bo od dwóch dni prawie nic nie jadłem. Wdychałem artystyczną atmosferę sprzed wieku. Podobno menu nie zmieniło się tu od lat i można było zamówić sobie taką samą potrawę, jaką delektował się na przykład Hemingway. Przyjaciele zapytali, co chcę zamówić. Ja, żeby nie narażać ich na koszty powiedziałem, ze nie jestem głodny i wezmę tylko jedną rzecz. Doradzili mi jakąś z potraw, podobno specjalność tego miejsca. Kelnerzy donosili moim znajomym przystawki: kraby, homary, krewetki… ja przełykałem ślinę, pogryzając bagietką. Wreszcie kelner przyniósł mi talerz – spojrzałem i zamarłem ze zgrozy: dymiły na nim same wołowe kości!!! Okazało się, że to szpik, wielce ceniony przez Francuzów. Z zazdrością patrzyłem na znajomych, którzy ze smakiem zajadali swoje dania główne, kaczki, turboty, polędwicę. Nie chciałem im mówić, że kości to ostatnio cały czas w Polsce jadałem – było to jedyne dostępne na kartki „mięso”. Okazało się, że ta tradycyjne francuska potrawa kosztowała równowartość 25 dolarów, które musiałem sam zapłacić. Były to najdroższe gnaty, jakie jadłem w życiu! Na szczęcie miałem akurat jakieś pieniądze. Udało mi się bowiem otrzymać stypendium fundacji Forda dla młodych intelektualistów z Europy Wschodniej. Dzięki temu żyło mi się spokojniej i mogłem pomagać swoim bliskim. Któregoś dnia odebrałem telefon z propozycją statystowania za dobre pieniądze. Ucieszyłem się, bo jak zwykle z kasą było kiepsko. Był tylko jeden warunek – trzeba było ubrać się wytwornie. Pożyczyłem więc od kumpla frak i pojechałem na plan. Tu niespodzianka: okazało się, że nie chodzi o film, ale o wzięcie udziału w wielkiej gali rozdania prestiżowych teatralnych nagród, Molierów. Telewizja Francuska przeprowadzała relację na żywo! Moje obowiązki miały polegać na tym, że gdy tylko któryś ze znamienitych gości wychodził z sali, na przykład do toalety, błyskawicznie siadałem na jego miejsce i udawałem szychę. Organizatorom chodziło o to, żeby w telewizji nie było widać na widowni wolnych miejsc. Takich jak ja „wypełniaczy” we frakach zatrudniono kilkudziesięciu. Stanąłem więc z boku i obserwowałem salę. Zauważyłem, że jakiś mężczyzna z pierwszych rzędów wyszedł, więc szybko zająłem jego fotel. Rozsiadłem się wygodnie i rozejrzałem wkoło: a tu kwiat francuskiej kultury i sztuki z ministrem kultury Langiem na czele! Nagle ze sceny pada jakieś nazwisko, a mnie oślepia punktowy reflektor. Cała sala z uznaniem patrzy na mnie, słychać burzliwe oklaski. Domyśliłem się, że chodzi o tego człowieka, który właśnie wyszedł. Rozglądam się za nim może wróci, ale nic z tego. Cóż miałem zrobić – wstałem i z promiennym uśmiechem zacząłem się kłaniać. Okazało się ze człowiek, którego „zastępowałem” dostał nagrodę aktorską za debiut teatralny. Był z Lille i nikt go nie znał w Paryżu. Biedak tak się znerwicował, że przesiedział w toalecie prawie cały wieczór. Planowałem, że po gali wymknę się po angielsku, ale  nie udało się. Otoczył mnie tłum, przyjmowałem gratulacje, udzielałem wywiadów dziennikarzom francuskiej telewizji, a nawet rozdawałem autografy, bazgrząc niewyraźnie jakieś nazwisko – przecież nie miałem pojęcia, kogo udaję! W pewnej chwili sam minister uścisnął mi dłoń. Zostałem wręcz siłą zawleczony na bankiet. Poziom adrenaliny podskoczył mi do tego stopnia, że nie oszczędzałem się: wino, szampan, koniaki, wódka… Ze wstydem przyznam, że całkowicie straciłem kontrolę, a bardzo rzadko mi się to zdarza. Rano obudziłem się z koszmarnym bólem głowy w nieznanym, luksusowym apartamencie. Potarłem czoło i usiłowałem przypomnieć sobie wydarzenia minionej nocy. Nie zdążyłem. Otwarły się drzwi do sąsiedniego pokoju i wyskoczyła z nich z krzykiem piękna kobieta, aktorka znana mi z francuskich filmów. Jej słowa nie miały nic wspólnego z miłosnymi wyznaniami. Właśnie dowiedziała się z telewizji, że wcale nie spędziła nocy z laureatem… Centrum Sztuki Pompidou. Jak zwykle kręciło się tam wiele wycieczek, roiło się od przechodniów i artystów. Wśród tłumu zauważyłem młodą, szczupłą blondynkę z kolorowym katalogiem sztuki pod pachą. Robiła zdjęcia nowoczesnym aparatem fotograficznym. Uśmiechnąłem się do niej – odwzajemniła uśmiech. Była trochę podobna do młodej Bardotki. – Czy mógłby pan zrobić mi zdjęcie na tle budynku? Chciałam pokazać mamie, gdzie pracuję – poprosiła po francusku z amerykańskim akcentem. Była bardzo ładna, miała klasę. Nie mogłem przepuścić takiej okazji. Za ostatnie franki zaprosiłem ją na kawę. Była Amerykanką polskiego pochodzenia. Wkrótce porzuciliśmy obce języki i przeszliśmy na polski, którym całkiem dobrze się posługiwała. Dowiedziałem się, że jest historykiem sztuki, współpracuje ze znanymi artystami, między innymi z będącym wówczas na szczytach sławy Christo Jawaszewem, który znany był z oblepiania kolorowymi materiałami historycznych budynków, np. Reichstagu. Właśnie planował ozdobić w ten sposób paryski most Pont Neuf. Fakt, że moja „Brigitte” była jego asystentką, podniósł jej wartość w moich oczach. Gdy jeszcze dowiedziałem się, że ma własne mieszkanie, zacząłem powoli wierzyć w przeznaczenie. Jako nowoczesna Amerykanka wyzwolona z przesądów, zaraz zaprosiła mnie do siebie. Mieszkanko było maleńkie, całe miało może osiem metrów kwadratowych, ale „klimatyczne”. Znajdowało się na poddaszu starej kamienicy, z okna widać było dachy Paryża, co od razu wprowadziło mnie w nastrój z filmów Jeana Renoira. Gdy wypiliśmy butelkę wina i objęci podziwialiśmy z okna zachód słońca, poczułem się jak romantyczny bohater. – Jeśli chcesz, możesz zatrzymać się tu na dłużej – zaproponowała „Brigitte”. Kiedy parę godzin później z torbą wypchaną rzeczami osobistymi wdrapywałem się na poddasze, wyobrażałem sobie nasze wspólne życie. Ja będę wychodził rano statystować w filmach, ona będzie biegła do swoich artystów. Wieczorem będziemy jedli bagietki, zapijali je winem i opowiadali sobie ze śmiechem, co nam się przez ten dzień wydarzyło. Może pójdziemy nad Sekwanę, albo na stary film do kina? Potem ja będę uczył się roli, a ona będzie szkicowała plan wystawy. A w nocy, przytuleni w jej wąskim łóżku… – No, wreszcie jesteś – przywitała mnie „Brigitte”. – Rozgość się. Poznaj Jacka i Karola. W pokoju siedziało dwóch młodych Polaków. Ku mojemu zdumieniu wyglądali na zadomowionych: jeden kroił chleb, a drugi siedząc w gaciach na kanapie zmieniał pilotem kanały. Dzwonek zaanonsował kolejnych gości – tym razem weszło trzech facetów. Przywitali się z obecnymi i… zaczęli kłócić się, który pierwszy ma skorzystać z łazienki. W ciągu następnej godziny przyszło jeszcze kolejnych trzech chłopaków. W sumie na ośmiu metrach kwadratowych kotłowało się dziesięć osób, w tym czterech Polaków, jeden Turek, dwóch Amerykanów, dwóch Francuzów, no i gospodyni. Z tego, co się zorientowałem, „Brigitte” miała dobre serce i przygarniała młodych, bezdomnych artystów. Siedziałem na krześle z torbą na kolanach i gorączkowo zastanawiałem się, co robić. – Mariusz, jesteś polskim filmowcem, czy znasz Polańskiego? – spytała „Brigitte”. – Oczywiście – odparłem zrezygnowany. – Romka bym nie znał? Polański był wtedy we Francji na topie. Przygotowywał paryską wersję „Amadeusza” Schaffera, sztuki, którą wcześniej wystawił w Warszawie, w Teatrze na Woli. Widziałem to przedstawienie, więc przy dużej dozie dobrej woli można by powiedzieć, że znałem Mistrza. – To świetnie – ucieszyła się „Brigitte”. – Christo skończył właśnie makietę obicia materiałem mostu Pont Neuf. Teraz tylko musi zgodzić się na ten happening mer Paryża, Jacques Chirac. A zgodzi się, jak zobaczy projekt. Wszystko jest gotowe oprócz oświetlenia. Skoro pracowałeś z Polańskim w teatrze, to może znasz się na tym? Bardzo nam zależy, żeby makieta wyglądała tip-top… – Nie ma problemu. Pracowałem z Polańskim, byłem jego asystentem w Warszawskim Teatrze na Woli – powiedziałem bez zastanowienia, jak zawsze, gdy ktoś składa mi propozycję zarobienia na czymś, o czym nie mam zielonego pojęcia. – Teraz również pomagam mu przy jego spektaklu „Amadeusz”, którego premiera przewidziana jest w Paryżu za kilka tygodni. – Super, na jutro umawiam cię z Christo! – klepnęła mnie po plecach i pobiegła do łazienki. Długo nie mogłem zasnąć. Nie wiem czy z powodu myśli, które kołatały mi w głowie w związku z Polańskim, czy z powodu niewygodnego materaca, rozłożonego na podłodze. Było gorąco i tak ciasno, że odwracaliśmy się wszyscy jak na komendę. Poza tym Turek głośno chrapał. Christo był starszym mężczyzną w okularach, z bardzo filmową twarzą, porytą bruzdami. Nosił długie, siwe włosy, które dodawały mu seksu. Od razu zapytał, jak długo pracowałem z Polańskim. – Bardzo długo – brnąłem dalej w kłamstwie. – Jestem jego asystentem. – To wspaniale! A czy zna się pan na oświetleniu? – Zdradzę panu tajemnicę – zniżyłem głos. – Roman nie ma pojęcia o świetle. Dlatego przede wszystkim tej wiedzy wymaga od swoich asystentów. Muszą być w tym bardzo dobrzy. Ja robiłem oświetlenie w „Amadeuszu” w Warszawie… – No to zatrudniam pana. Od jutra zaczynamy. Makieta stoi w Muzeum Sztuki Współczesnej. Bardzo proszę, żeby pan sam lub z ekipą przyszedł tam w południe. Trzeba to zrobić jak najlepiej i jak najszybciej. Gdy wyszedłem z kawiarni, od razu pojechałem metrem na plac Concorde pod polski kościół i na tablicy ogłoszeń nakleiłem: „Pilnie poszukuję inżynierów – elektryków”. W nocy wybrałem się nad Sekwanę i siedząc na ławce obserwowałem, jak wygląda Pont Neuf w ciemnościach i oświetlony pierwszymi promieniami słońca. Z uwagą przyglądałem się grze świateł i cieni. Następnego dnia z ekipą elektryków, czekającą na mnie pod polskim kościołem, pojechałem do Centrum Pompidou. Energicznie zabraliśmy się do pracy. Miałem swoją wizję – brakowało mi tylko technicznej wiedzy. W szkole z fizyki miałem zaledwie trójkę, i to z litości. – Łączyć szeregowo czy równolegle? – spytał w pewnym momencie Christo. Powtórzyłem pytanie po polsku jednemu z inżynierów. Odpowiedział. – Tu – odkrzyknąłem dziarsko, pokazując palcem – szeregowo, a tam równolegle! Projekt wyszedł znakomicie. Można było przełączyć na widok mostu w dzień i w nocy. W wersji dziennej światło padało pod różnymi kątami, podobnie jak promienie słoneczne w naturze. W nocy zaś most oświetlony był światłem księżyca, latarń i przepływających pod nim wycieczkowych statków. Moi ludzie za dwa dni pracy dostali po 1000 franków – znacznie więcej, niż płacono im na budowach przez tydzień. Ze mną Christo chciał rozliczyć się następnego dnia. Znów całą noc nie spałem. Ile mam zażądać? Dla człowieka bez grosza przy duszy fortuną byłoby 200–300 dolarów. Ale z drugiej strony czy asystent Polańskiego może się tak nisko cenić? – Trzy tysiące dolarów – powiedziałem nazajutrz i ani mi powieka nie zadrżała. – Proszę bardzo – Christo wyjął z kieszeni gruby zwitek banknotów i zaczął odliczać. – Oczywiście plus koszta… – dodałem, w duchu dziwiąc się trochę własnej bezczelności. W sumie zarobiłem 3500 dolarów. Za tę sumę mogłem wynająć mieszkanie na cały rok! Niewielkie dwa pokoiki na czwartym piętrze starej kamienicy w Ivry-surSeine, pod Paryżem. „Zamek Ivry, czwarte piętro, piątywymiar” – tak moi przyjaciele nazywali to lokum. Mój Boże, jakie imprezy tam robiłem! Bywało czasami po kilkadziesiąt osób na raz! Na pożegnanie artysta oświadczył: – Panie Pujszo, jestem bardzo zadowolony z pańskiej pracy. Za tydzień otwarcie wystawy. Będzie sam Jacques Chirac, zaprosiłem też Romka Polańskiego, z którym znamy się jeszcze z czasów pobytu w Stanach. Chyba chce się pan przed nim pochwalić swoim fantastycznym oświetleniem? Serce stanęło mi z przerażenia. Ale nie straciłem refleksu. – Zaklinam pana na wszystkie świętości, niech pan mu nie mówi, kto robił oświetlenie! Roman nie toleruje chałturników! Gdyby dowiedział się, że jakąś pracę wykonałem poza jego wiedzą, wyrzuciłby mnie z ekipy na zbity pysk! Błagam… Christo ze zrozumieniem pokiwał głową i obiecał milczenie. Kilka lat później usiłowałem wkręcić się na plan „Piratów” i koczowałem pod paryskim domem Polańskiego z nadzieją, że go spotkam. Dowiedziałem się nawet, że trenuje boks w dzielnicy łacińskiej obok Odeonu i wystawałem godzinami pod salą gimnastyczną. Któregoś dnia zauważyłem, jak wysiada z samochodu i idzie na zajęcia. „Poczekam na niego – pomyślałem – po treningu będzie osłabiony, więc tak szybko mnie nie spławi”. Przyszedł po sześciu godzinach. Podbiegłem do niego: – Jak to dobrze, że pan przyszedł – powiedziałem – Już sześć godzin pilnuję pańskiego samochodu i mogę pilnować dłużej, bo wie pan, chociaż jestem bezrobotnym aktorem z Polski. Nie chcę od Pana żadnej pomocy, chciałbym tylko Panu podziękować, bo dzięki Panu mogłem przeżyć dwa lata w Paryżu! Opowiedziałem mu całą historię i  bardzo to go rozbawiło. A makieta Pont Neuf z moim oświetleniem stała przez piętnaście lat w Muzeum Sztuki Współczesnej. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? A gdyby ktoś mnie zapytał, czy znam się na hodowli pszczół czy fizyce nuklearnej, odpowiedziałbym: Tak, oczywiście! Musiałbym tylko odpowiednio wcześniej dać ogłoszenie w polskim kościele przy placu Concorde w Paryżu…

Zostaw komentarz!