Podróż w czasie – Maryla Rodowicz

Podróż w czasie – Maryla Rodowicz

  • utworzone przez: admin
  • 21 lutego 2018

Z Marylą Rodowicz, królową polskiej muzyki, wybitną wokalistką, doskonałą aktorką i nietuzinkową Osobowością, w nawiązaniu do dzieciństwa, początków kariery, szczęścia oraz wielu innych ciekawostek z życia rozmawiają Katarzyna Bińczyk i Mariusz Pujszo.

Maryla Rodowicz urodziła się w Zielonej Górze, ale dorastała we Włocławku. Była niepokornym dzieckiem z wulkanem nie zawsze bezpiecznych pomysłów. Po mamie i babci odziedziczyła piękny głos, który szybko został dostrzeżony przez innych. Choć w jej życiu nie zawsze było z górki to mimo przeciwności losu – pielęgnowała w sobie to, co miała najcenniejsze… Swój wokalny talent!

Katarzyna Bińczyk: Przełomem w Pani karierze był Festiwal Piosenkarzy Studenckich w 1967. Podczas jednego wieczoru Pani życie się zmieniło o 180%. Jakie to było uczucie?

Maryla Rodowicz: Było to dokładnie 50 lat temu… W 1967 roku po raz pierwszy transmitowano w telewizji Festiwal Piosenkarzy Studenckich w Krakowie. Po tym festiwalu ludzie zaczęli mnie rozpoznawać na ulicy. To był do mnie szok! Pamiętam, gdy z grupą studentów wędrowaliśmy po Tatrach, rozpoznali mnie turyści właśnie po tym, jak widzieli mnie w telewizji. To było dla mnie zaskoczenie, że nagle stałam się rozpoznawalna.

Mariusz Pujszo: W końcu wygrała Pani ten festiwal. Czy to otworzyło Pani drzwi do kariery?

Faktycznie, ta wygrana była wstępem do kariery. W 1969 roku zostałam zaproszona na Festiwal Opole. Wtedy dostawało się piosenki z przydziału. Pamiętam, jak zostałam wezwana do dyrekcji festiwalu, która powiedziała: „Mamy dla Ciebie propozycję nie do odrzucenia”. Tak dostałam nuty, materiał, tekst i piosenkę pt. „Mówiły mu”.

KB: Ale ta piosenka nie przypadła Pani do gustu?

Zupełnie się mi nie podobała. Tym bardziej, że ja już miałam swoich muzyków i graliśmy takie folkowo-bluesowe klimaty… Na szczęście miałam świetnego gitarzystę – Tomka Myśkowa – i wspólnie przerobiliśmy tego walca. Dopasowaliśmy go do siebie, a więc musieliśmy powyrzucać część akordów. W efekcie powstało bardzo żywe i nośne country. Publiczność od razu to kupiła. Moja mama naliczyła siedem bisów. Siedem razy wychodziłam, aby się ukłonić, więc to był świetny początek!

MP: Dziś młode osoby mają zupełnie inne możliwości. Jest dużo więcej programów telewizyjnych typu talent show, więc powinno być znacznie prościej… Kiedyś tak nie było?

Z pewnością było inaczej. Były inne możliwości. Ja studiowałam na AWF-ie, ale to był taki niezwykły czas, w którym dominowały kluby studenckie, skupiające liczne talenty i zajmujące się fajną kulturą. Były zespoły muzyczne, teatry studenckie, a więc w tych klubach się działo. Niestety dziś już to inaczej wygląda. Obecnie w moim klubie Relaks na AWF-ie pije się tylko piwo…

MP: I gra w komputer!

Gra się w jakieś gry komputerowe, czasem jest jakiś DJ do tańca i tyle. A wtedy to były czasy sprzyjające kulturze i sprzyjające młodym talentom. Ja wraz z moim zespołem graliśmy w naszym klubie studenckim, a do niego przychodzili wtedy wspaniali poeci, kompozytorzy, związani z ruchem studenckim, między innymi Jonasz Kofta, Jerzy Andrzej Marek, Adam Kreczmar… Pamiętam, jak stworzyli oni w klubie Relaks przedstawienie na podstawie artykułów amerykańskiego, zbuntowanego poety Arta Buchwalda, do którego ja śpiewałam. To był sprzyjający czas, bowiem z tego ruchu studenckiego wyrosło naprawdę dużo ciekawych zjawisk. Po prostu się działo!

KB: Czyli były to miejsca, gdzie spotykały się ciekawe osobowości, a ludzie inspirowali się nawzajem. Dziś Pani zdaniem brakuje takich miejsc?

Tak, absolutnie, brakuje takich miejsc! Wszystko się spłyciło. W telewizji się nic nie dzieje. Jedynym miejscem dla młodych artystów jest Internet, gdzie w warunkach domowych nagrywają jakieś covery, piszą do nich teksty i wrzucają do sieci. W tej chwili nie ma też narzucanych repertuarów jak kiedyś.

MP: Chociaż Pani miała szczęście do przydziałów…

To prawda. Na pierwszym Festiwalu Opolskim dostałam z przydziału walca „Mówiły mu”, z kolei drugiego roku przydzielono piosenkę „Jadą wozy kolorowe”, którą również przerabialiśmy. Przez dwa lata dostawałam piosenki, które okazywały się wielkimi przebojami nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Festiwal w Sopocie był kultowym wydarzeniem również dla Rosjan, którzy następnego dnia nie szli do pracy.

KB: Wtedy też Rosjanie uczyli się polskiego żeby czytać naszą prasę.

Dokładnie – „Film”, „Zwierciadło”, „Uroda” to były takie kultowe tytuły w Rosji. Pamiętam jak w 2006 roku do Polski przyjechał Władimir Putin i wraz z innymi artystami, literatami i sportowcami zostałam zaproszona do Pałacu Prezydenckiego na obiad. Wówczas pewien mężczyzna zaczął mi machać, jak się okazało był to Siergiej Iwanow, czyli jeden z ministrów w rządzie Putina. Powiedział, że specjalnie uczy się polskiego by słuchać moich piosenek. To było niesamowite!

MP: Uwagę przyciągał również Pani odważny estradowy wizerunek?

Mój image estradowy był pewną formą buntu. Pamiętam, jak po raz pierwszy wyszłam na scenę boso, byłam przepasana sznurem do wieszania bielizny… Wtedy spódnice uszyła mi babcia, a mama, która była plastyczką, wzięła pędzel i coś na niej domalowała. To były czasy, w których nie było efektownych tkanin w sklepach, więc trzeba było sobie radzić samemu.

KB: Na Festiwal Sopocki w 1969 roku również mama z babcią zaprojektowały Pani kreację?

Tak. Mama zaprojektowała mi sukienkę z błyszczącej, srebrnej folii blaszanej, którą babcia uszyła. W tej sukience wycięła prostokąty, a z nich zrobiła bardzo modną mini. Pamiętam, że mama pojechała ze mną do Sopotu i całą noc przyszywała te blaszki. Włosy miałam przepasane czerwoną bandanką. Całość wyglądała bardzo efektownie.

MP: Z kolei w 1967 złożono Pani propozycję nagrania singla. Jednak wyjazd wcale nie był taki prosty do zrealizowania?

To prawda. Zostałam zaproszona do Londynu na nagranie singla przez angielskiego producenta Roberta Kingstone’a. Dzięki temu, że wygrałam festiwal studencki nagrodą był wyjazd na zachód. Jednak mimo wszystko nie było to takie proste. Na szczęście Chór Uniwersytetu Poznańskiego jechał właśnie na Festiwal Chórów do Szkocji. Zadeklarowali, że mnie zabiorą, dzięki czemu odbiorę swoją nagrodę.

KB: Wiązało się to szeregiem formalności?

Musiałam wcześniej napisać podanie żeby wyrobić paszport, podać powód wyjazdu… Szefem tego wyjazdu był wtedy Zbyszek Napierała. W końcu pojechaliśmy. Chór Uniwersytetu Poznańskiego wracając ze swojego festiwalu wysadził nas w Londynie. Tam zatrzymaliśmy się na trzy dni. W studio na ulicy Denmark Street nagraliśmy trzy utwory po angielsku. Dziś na tej ulicy jest cała masa sklepów z instrumentami, gitarami.

MP: Singiel pt. „Mówiły mu” okazał się strzałem w dziesiątkę i był lansowany w kultowym radiu Radio Luxembourg.

Tak właśnie było. W tamtych czasach w Polsce nie było takiej muzyki, dlatego wszyscy słuchali właśnie tego radia. Byłam bardzo wysoko na liście przebojów tego radia i ta pozycja utrzymywała się przez kilkanaście tygodni.

KB: Miała Pani nie tylko talent, ale i szczęście?

Tak, choć nie zawsze z tego szczęścia umiałam skorzystać. Pamiętam, że dzięki mojej piosence w Radiu Luxembourg zostałam zaproszona do producenta Royal Albert Hall z propozycją koncertu z zespołem The Beach Boys. Jednak w tamtym okresie moim narzeczonym i jednocześnie menedżerem był Czech, który nie zgodził się na to, bo twierdził że już nie wrócę. I odmówiłam… Trochę sobie tym zaprzepaściłam karierę.

MP: Ale nigdy nie wiadomo co by było…

Właśnie. Mogłam się przecież zakochać w jakimś muzyku z Beach Boys (śmiech).

KB: Pani rodzice przenieśli się z Wilna do Zielonej Góry. Jak wyglądało ich życie?

Moja rodzina tuż po wojnie emigrowała z Wilna na ziemię zachodnie. Pierwszy do Zielonej Góry pojechał ojciec, potem mama. Jechała w jakimś wagonie aż dwa tygodnie. Na szczęście jakimś cudem znalazła ojca. Mój ojciec został I Prezydentem Zielonej Góry, a także był założycielem i dyrektorem Gimnazjum oraz właścicielem księgarni. Niestety po 3 latach zamknęli go w więzieniu pod pretekstem rzekomej współpracy z Niemcami. Mama miała wtedy 20 lat, a rodzice już nigdy do siebie nie wrócili.

MP: I wtedy trafiła Pani do Włocławka?

Wtedy moja mama z dwójką małych dzieci i babcią szukała schronienia właśnie we Włocławku. Znalazła tam pracę w księgarni. Dostaliśmy pokój przy jakiejś rodzinie ze wspólną kuchnią i wspólną łazienką. W budynku tym była cukiernia, przez co były i karaluchy. Za to kwitło życie podwórkowe. Były bandy, gonitwy, zabawy w doktora na strychu. Takie było moje dzieciństwo…

KB: Śpiewała Pani z mamą i babcią na głosy?

Śpiewałyśmy na głosy stare pieśni „Hej Sokoły”, „Przybyli ułani pod okienko”. Babcia śpiewała w chórze kościelnym w kościele Św. Jana w Wilnie, a mama była dekoratorem wystaw sklepowych i po południu śpiewała w chórze PSS we Włocławku.

MP: Już wiemy skąd ten talent! Czyli dzieckiem była Pani raczej odważnym?

Byłam nawet za bardzo odważna, co mogło się niejednokrotnie źle skończyć. Ponieważ Włocławek leży na Wisłą, to jest tam ogromny stary most i wraz z innymi dziećmi wspinałam się na jego szczyt, a następnie chodziliśmy po tych przęsłach.

MP: A jak Pani żyła nie mając zaplanowanych koncertów w stanie wojennym?

Ja w stanie wojennym urodziłam córkę. Pamiętam jak będąc w ciąży, poszłam do szpitala wojskowego na Szaserów i spytałam, czy mogę tam urodzić, bo wszędzie indziej brakowało środków opatrunkowych. Wtedy komisarz mnie zapytał, czy urodzę syna – żołnierza, a ja niepewnym głosem odpowiedziałam – „Nie, córkę…”. Jednak komisarz chciał mnie tylko nastraszyć, bo ostatecznie i tak się zgodził.

KB. Gdzie Pani głównie koncertowała?

Głównie jeździłam na koncerty za granicę – do NRD, Czechosłowacji, Związku Radzieckiego… Pamiętam swoje pierwsze koncerty w Leningradzie i w Moskwie, które spotkały się z entuzjazmem. Po stanie wojennym zaczęły się dłuższe trasy i to mi pozwalało przetrwać finansowo. Bowiem w latach 80. pierwszą linię frontu w show-biznesie zajmowała muzyka rockowa. Absolutnie oni rządzili, a ja ze swoimi poetyckimi piosenkami byłam na drugim miejscu.

MP: Wydała Pani autobiografię „Wariatka Tańczy”. Następnie ukazała się o Pani książka „Maryla. Życie Marii Antoniny” oraz jej kolejna część „Królowa jest tylko jedna”, na podstawie wywiadów z bliskimi Pani osobami. Czy któreś wypowiedzi szczególnie Panią zaskoczyły?

Faktycznie był wywiad, który mnie zaskoczył, za karę nie wszedł do książki. Moja koleżanka z branży, którą poprosiłam o udzielenie wywiadu, napisała, że ona w czasach studenckich w latach 70. kontestowała politykę, dlatego grała w klubach studenckich, a ja działałam publicznie na imprezach, festiwalach, co było dla niej dowodem, że ja bratałam się z władzą. Było to dla mnie przykre.

KB: Grała Pani w serialach. Czy korciło Panią żeby pójść w film mocniej?

Nie, dlatego, że terminowo było to trudne do pogodzenia z muzyką. Serial zajmował czas od poniedziałku do piątku, co wiązało się ze wstawaniem o 6 rano. Z kolei w weekendy dawałam koncerty. Stąd też nie myślałam, by wejść mocniej w aktorstwo. Choć na planie serialu poznałam świetnych aktorów i z przyjemnością obserwowałam ich grę to jednak postanowiłam poświęcić się muzyce, która od zawsze była najważniejsza w moim życiu.

MP: Doszły mnie słuchy, że świetnie Pani gotuje. Jaką potrawę przygotowała Pani ostatnio dla przyjaciół? Oczywiście prosimy o przepis…

Ostatnio na przyjęcie przygotowałam polędwiczki prosto z pieca z orzeszkami pinii, pomidorami i cukinią. Należy kroplę oliwy wlać na dno naczynia. Następnie w nim smażyć polędwiczki, ale co ważne – bez soli, lecz z pieprzem. Następnie układamy na około cukinię i pomidora. Potrawę posypujemy orzeszkami pinii, kładziemy dwie gałązki rozmarynu i wkładamy do rozgrzanego piekarnika na 180 stopni na 27 minut. Po dokładnie tym czasie wyciągamy krwiste polędwiczki i dokładamy kilka kartofli. A dalej? Pozostaje już tylko życzyć – smacznego!

Zostaw komentarz!